No i cóż. Weekend dobiegł końca. Szkoda, bo wraz z jego końcem skończyła się słoneczna pogoda.
Ten weekend był bardzo intensywny i praktycznie w ciągłym ruchu. W sobotę poszłam na spotkanie z koleżankami. Dawno się nie widziałyśmy i była okazja aby pospacerować i poopowiadać sobie różne historie. Michałek oczywiście mi towarzyszył :). Co prawda popołudnie było już nerwowe, bo biedaczek nie poszedł drzemać po obiadku, ale i tak nie było najgorzej. Oczywiście poszliśmy do jednego z najlepszych miejsc w Gdyni, jeśli chodzi o kawiarnię dla mam z dziećmi, Spotkałam tam znajome (żony siatkarzy, z którymi miałam częsty kontakt będąc z Danielem). Miło było móc porozmawiać bo przez ostatnie miesiące nie było zbyt wielu okazji do spotkań.
* * *
Dziś rano przyjechali dziadkowie Michałka i zabrali Nas do Parku w Oliwie. Był też Daniel. Okazało się, że chciał porobić sobie z synkiem kilka zdjęć. Nie wiem po co? Chyba po to aby się pochwalić przed znajomymi... Jedno jest pewne: te parę zdjęć nie zmienia fakty że jest kiepskim ojcem, który przypomina sobie o dziecku jak aktualnie nie ma nic lepszego do roboty. Dlaczego tak myślę? Bo nawet nie raczył odwieźć Nas do domu, bo był umówiony z kolegami na plaży aby pograć w piłkę.
Po obiedzie byłam umówiona z R******. Strasznie cieszyłam się na to spotkanie choć z drugiej strony bałam się reakcji synka na mojego nowego znajomego. Michałek nie lubi obcych a pokazuje to wybuchem płaczu.
Ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie miało miejsca. Michałek zachowywał się tak, jakby znali się od urodzenia. Przez pierwszą chwilę obserwował i ręki nawet nie dał, ale już po 3 min zmienił zdanie i chciał na ręce. Bardzo mnie to ucieszyło. Widać było, że oboje czują się dobrze w swoim towarzystwie. Efektem było to, że ja pchałam pusty wózek, a R**** i Michałek spacerowali sobie za rękę. Była też sesja zdjęciowa :-)
W kawiarni ( opisanej wyżej) znów spotkałam znajomych. Oczywiście były pytania o moją nową znajomość. Koleżanka powiedziała, że chłopacy razem bardzo ładnie wyglądają. Ucieszyłam się, bo faktycznie tak było.
Michałek polubił R*****. Z resztą jego uśmiech mówił sam za siebie. Gdy ich obserwowałam, aż łezka kręciła się w oku. Był to taki słodki widok....
Wróciliśmy do domu bardzo zmęczeni. Ja nie czułam nóg. Do teraz strasznie pieką, choć moczyłam je i kremowałam żelem chłodzącym. Dobrze, ze nie zrobiły mi się pęcherze. A ja chciałam ubrać buty na szpilce, he he :-) Dobre sobie. Ciekawe jak bym wtedy wyła z bólu :-)